#18 Moskwa i Petersburg – na zachodzie Wschodu

Doskonale wiemy, że od naszego powrotu minął już spory kawał czasu, ale chyba jakoś podświadomie nie mogliśmy i nie chcieliśmy pożegnać się jeszcze z podróżą. Mimo, że w trakcie 5 miesięcy wyjazdu tęskniliśmy za domem, to teraz z perspektywy czasu tęskno nam za podróżą. Na pewno nie była to nasza ostatnia długa podróż, ale póki co wróćmy myślami do pociągu trasy Omsk-Moskwa…

img_6060

Pociąg w który mieliśmy wsiąść na kolejne 48 godzin łączył Sewierobajkalsk z Moskwą.  Jechał z północnego-wschodu, ale w trakcie upalnego dnia między Nowosybirskiem a Omskiem nagrzał się strasznie. Do tego pełna frekwencja i jakieś zamiany miejsc wśród pasażerów. Końcem końców znaleźliśmy swoje miejsca, ale zanim to się stało zostaliśmy wciągnięci w poważną dyskusję o Ukrainie, wojnie z hitlerowskimi Niemcami. Tradycyjne wschodnie autostopowo-pociągowe tematy, ale zrobiło się wesoło, bo Rosjanie między sobą mieli różne zdania, a jedna z babek włączonych do dyskusji po kilkunastu minutach miała chyba dosyć debaty, powiedziała, że młodzi dobrze gadają i dała nam słodycze. Trochę byliśmy w szoku, ale chętnie przyjęliśmy nagrody „za zdrowy rozsądek” a chwilę później pogadaliśmy już tylko we trójkę.

img_6065-2

W Omsku życie prowadziliśmy raczej wieczorowe, więc gaszenie świateł po 22 znowu trochę nas zaskoczyło, ale mieliśmy czołówkę do czytania i ledwo żyjącą parę słuchawek więc przetrwaliśmy. Gorzej było z upałem, bo wagon długi czas nie chciał się wystudzić nawet o stopień, a sytuację śledziliśmy leżąc bezpośrednio pod termometrem.
Poniedziałek był typowym pociągowym dniem na długim dystansie. Spanie, jedzenie, gadanie, spanie, jedzenie… W nocy przejechaliśmy przez Ural i byliśmy już w europejskiej części Rosji, chociaż temperatury były indyjskie. Stan podgorączkowy trzymał się przez kilka godzin, na termometrze deczko ponad 37 stopni. Woda w butelkach szybko się kończyła, herbata coś pomagała, ale proces przygotowania jej był zbyt energochłonny w tej temperaturze. Wieczorem wpadliśmy na genialny pomysł kupienia piwka dla zmiany smaku i nawodnienia. Fakt, w tym pociągu piwa nie widzieliśmy, ale przecież do Czyty ludzie pili browary na luzie. Po najdłuższym tamtego dnia postoju, wracamy do wagonu z dwiema butelkami. Ja lekko schowany udając że patrzę za okno popijam piwo, ale prowadnica była błyskawiczna i znała takich gierojów. Niby coś tam sprawdzała, a tak na prawdę wiedziała z czym się chowam. Rzuciła tylko tekst „może jeszcze grzanki panu przynieść?!”. Trochę słabo dostać mandat, ale myślę sobie ze wschodu jesteśmy, jakoś się dogadamy. Po chwili babeczka wraca z paczką grzanek i rozkazuje mi za nie zapłacić 50 rubli (3zł). Nie wiem trochę o co chodzi, ale kupuję grzanki a prowadnica znika. Piwo dokańczam z przekąską, a sąsiad z kuszetki obok informuje mnie, że to jest właśnie mandat, bo pić nie można. Żartem pytam czy w Rosji wszystkie mandaty są takie smaczne, ale tylko się uśmiechnął. Sandra nie chcąc mieć kłopotów chowa się z piwem pod kołdrę.

img_6075-2

img_6079

W Moskwie planowo mieliśmy być o 6 rano, od 3 rozpalone światła i zadyma w wagonie. Wciskamy głębiej stopery żeby jednak te dwie godziny jeszcze przespać. W końcu docieramy na dworzec Jarosławski i zbieramy rzeczy. Ekipę mieliśmy fajną i ktoś zaprasza z powrotem do Rosji, ktoś rzuca hasło, że świat okrągły i pewnie jeszcze się kiedyś zobaczymy.
Krasnojarsk był duży, Nowosybirska tak nie poczuliśmy, bo mieszkaliśmy w centrum, ale Moskwa to był kosmos. Nie 1, czy 2 ale 15 milionów ludzi. Po obrzeżach nie jeździliśmy, ale wystarczy spojrzeć na piękną mapę metra żeby poczuć skalę metropolii, która swoją drogą do niedawna była najdroższym miastem świata i dalej należy do ścisłej czołówki. Ratował nas trochę Couchsurfing, którym mimo wszystko po kilku miesiącach byliśmy już dosyć zmęczeni. Zapowiadało się ekstra. Nauczyciel angielskiego z Nowej Zelandii oraz jego współlokator i kumpel po fachu z Kalifornii. Niestety rzeczywistość była mniej kolorowa. Ken  był niesamowitym gościem, ale warunki w jakich mieszkał i jego kolega z USA byli tragiczni. Chiński akademik w Guangzhou przy ich chacie to był luksus. Piachu po kostki, wszystko zdemolowane, ale jak padła propozycja kawy to Ken przepraszał, że ma tylko 3 rodzaje do wyboru i niestety mleko tylko migdałowe. Wystraszyliśmy się dosyć mocno, ale pooglądaliśmy we trójkę powtórki z Rio przy pysznej kawce i zapomnieliśmy o wszystkich niewygodach. Do tego doszła przepiękna pogoda, gdzie dzień wcześniej w Moskwie była praktycznie powódź i ludzie pływali kajakami po mieście.

img_6080-2

img_6081-2

img_6086

img_6095-2

Razem z nowym znajomym pojechaliśmy do jego pracy, a zawodowo ustawiony jest pięknie. Od 10 lat mieszka w Moskwie i do dziś jest dosyć ekskluzywnym nauczycielem. Jak nam tłumaczył, bogaci Rosjanie robią wszystko żeby być wyjątkowymi. Ciężko jest wśród znajomych przyszpanować nauczycielem z Wysp Brytyjskich, USA to też nic specjalnego, ale Nowa Zelandia to jest coś. Ken, z tego co opowiadał, dosyć często ma propozycje typu „zapłacę Ci  10 tysięcy rubli za godzinę, jak będziesz uczył tylko mnie, a nie sąsiadów”. A generalnie to codziennie idzie do innej knajpy zazwyczaj w ścisłym centrum Moskwy i uczy języka przy najlepszych pankejksach w mieście, najlepszych tostach czy innych pysznościach. Ken został w restauracji a my poszliśmy zwiedzać co się dało z głównych atrakcji stolicy. Po prawie 12 godzinach chodzenia wyszedł nam chyba najintensywniejszy dzień wyjazdu i nie wiem czy przypadkiem nie przeszliśmy maratońskiego dystansu tamtego dnia. Około 21 byliśmy u Kena. Niestety drzwi otworzył nam jego współlokator, który już wtedy był w stanie lekko wskazującym. Weszliśmy, chcieliśmy się zapoznać ale gość miał nas totalnie w nosie, zapalił sobie skręta i na rozgrzany olej wrzucił torbę mielonego pieprzu. Efekt był taki, że kichaliśmy, płakaliśmy a on palił, tańczył i śpiewał. W międzyczasie wrócił Ken, który z audycji radiowej przyprowadził sobie jakąś Rosjankę. Zapytał jak było w mieście, poszedł z dziewczyną do swojego pokoju i zamknął drzwi, a my godzinę staliśmy w korytarzu i szukaliśmy na telefonach hostelu.

img_6096-2

img_6119-2

img_6126-2

img_6135

W nocy zapadła decyzja, że ja udaję silną alergię na kota i się zwijamy, rano tak zrobiliśmy. Spanie zaklepaliśmy na Nowym Arbacie, w dziwnie niskiej cenie, ale ok. Później się okazało, że nie do końca wszystko było ok, bo większość gości hostelu mieszkała tam kilka miesięcy czy nawet rok. To była jedna z najnormalniejszych rzeczy tamtego miejsca, ale końcem końców wszyscy byli spoko, a my przy tej cenie i lokalizacji pogodziliśmy się szybko z wiecznie zalaną łazienką i brakiem prądu.

img_6153-2

img_6164-2

img_6178

img_6179-2

img_6186

Poza pierwszym, dni w Moskwie były raczej deszczowo-ponure, ale trochę udało się pozwiedzać. Byliśmy na kampusie МГУ (Moskiewski Uniwersytet Państwowy), w największej na świecie świątyni prawosławnej, tej w której Pussy Riot miały krótki koncert itp. Sporo czasu spędziliśmy po prostu siedząc na Starym Arbacie albo na Placu Czerwonym patrząc jak płynie życie (głównie turystyczne) stolicy Rosji. Przez kilka dni tak się wyluzowaliśmy, że o mały włos zapomnieliśmy odwiedzić Lenina. Ostatniego biegiem polecieliśmy w kolejkę do mauzoleum i po godzinie czekania udało się wejść do środka.

img_6193-2

img_6196-2

Dzień zleciał nam na chowaniu się przed deszczem w obczajonych w poprzednie dni knajpach a głównie oczekiwaniu na ostatni tego wyjazdu pociąg. Późnym wieczorem wsiadaliśmy w nocny pociąg z Moskwy do St. Petersburga. Trochę robiło się smutno, ale mocno żyliśmy już powrotem więc wpakowaliśmy się do środka. Tu szybka akcja 22 otwarcie bram, 23 gaszenie świateł, 5 rano w mieście Piotra. Na dodatek trafiła nam jeszcze niedziela, ale rozegraliśmy to perfekcyjnie przy pomocy Sandry znajomych ze szkolnych lat. Aga i Mateusz w Petersburgu zaczynali swoją podróż, my kończyliśmy. My przyjeżdżaliśmy z Moskwy w niedziele o świcie, oni jechali do stolicy w niedziele wieczorem. Idealną opcją w tym wypadku był pokój na AirBnB. Dotarliśmy do nich, odespaliśmy i mieliśmy przy pięknej pogodzie ruszać w miasto. W międzyczasie podjechała do nas mieszkająca na obrzeżach miasta siostra Inary z Omska, dla której wieźliśmy z Syberii prezent.

img_6204-2

img_6207-2

img_6208-2

Tematów do obgadania ze znajomymi mieliśmy strasznie dużo, poza tym pierwszy raz od 5 miesięcy mogliśmy pogadać z kimś po polsku. Ja w Piterze spędziłem 3 lata temu kilka dni tak samo jak teraz wracając z Omska przez Moskwę, ale kiedyś chodzenia po knajpach sobie nie wyobrażałem. Teraz mieliśmy dobrych przewodników bo Aga z Mateuszem wiedzieli co zaproponować ich ostatniego dnia w mieście. My za to odwdzięczaliśmy się poradami i trikami na dalszą ich drogę na wschód.

img_6210-2

img_6217-2

Dzień zleciał strasznie szybko, wróciliśmy na kwaterę, pożegnaliśmy się i para ruszyła na pociąg. My następnego dnia mieliśmy się zwijać na Couchsurfing, ale tak lało, że już rano zapytaliśmy o możliwość przedłużenia pobytu. Wieczorem wróciliśmy do centrum. Kolejny dzień miał być przeprowadzką na ostatni CSurfing wyjazdu. Wszystko zapowiadało się super, ale byliśmy dosyć zmęczeni ideą i bez większego entuzjazmu pojechaliśmy szukać kamienicy na ścisłej starówce, w której mieszkał Max. Później strasznie żałowaliśmy, że ten jeden dzień dłużej zostaliśmy w mieszkaniu zamiast iść zgodnie z planem do Maxa. Niesamowity gościu, niesamowita ekipa w super mieszkaniu pełnym instrumentów muzycznych, rowerów, książek i sprzętu fotograficznego. Sam gospodarz urodził się w Azerbejdżanie, ale od kilku lat mieszka w Rosji i co chwila gdzieś wyjeżdża. Ze strony mamy ma polskie korzenie i dwa razy był w naszym kraju szukać śladów po przodkach. Dodatkowo jest zajarany naszą kulturą okresu międzywojennego.

img_6227-2

img_6229

img_6232-2

Przed samym spaniem nasz gospodarz pomógł Sandrze zebrać informacje odnośnie biletów do Ermitażu, mi za to zaproponował jeden ze swoich rowerów. W ten sposób każdy miał radochę od rana. Sandra strasznie chciała odwiedzić muzeum, mnie, mimo, że może jest to najlepsze muzeum na świecie, wcale tam nie ciągnęło. Za to roweru nawet się nie spodziewałem, więc cieszyłem się strasznie. Po południu mieliśmy jeszcze jedną atrakcję na którą mocno liczyliśmy. Pierwsze dni wyjazdu spędzaliśmy w Mumbaju u Ashu i Alisy i już wtedy Alisa wspominała, że najprawdopodobniej pod koniec sierpnia pojadą do jej rodziców do St. Petersburga. Wyszło tak, że z nimi zaczęliśmy podróż i z nimi skończyliśmy zajadając się pysznymi burgerami zakończonymi wspólnym piwkiem. Opowiadaliśmy jak potoczyła się nasza podróż, Ashu chciał wiedzieć jak traktowali nas w Indiach, a Alisa jak Rosja wygląda na dalekim wschodzie. Nagadaliśmy się strasznie i  żal było się rozstać. Para ma plan osiedlić się w Ameryce, więc ustaliliśmy że następne spotkanie już tam. Wieczorem wróciliśmy do Maxa, spakowaliśmy się i jeszcze chwilę pogadaliśmy. Zgodnie z planem mieliśmy wracać do Europy w czwartek wieczorem nocnym autobusem, ale w środę udało się dorwać ostatnie miejsca w autobusie na czwartek rano, tak żeby przejechać trasę w ciągu dnia i normalnie wyspać się już w Rydze.

img_6256-2

img_6265-2

img_6288-2

img_6277-2

img_6290-2

O 8 stawiliśmy się na dworcu autobusowym, z którego odjeżdżały zagraniczne połączenia. Przy nas rozgrzewał się pojazd którym strach byłoby 50 kilometrów przejechać, a na tabliczce z kierunkiem wpisany miał Kiszyniów. Prawie 2000 km do stolicy Mołdawii…
My w porównaniu do tego mieliśmy pełen luksus i poza małym stresem przed przejściem granicznym droga minęła nam strasznie szybko. Można było pooglądać filmy, poczytać Drogami Wschodu, albo pomartwić się co dalej…

img_6296-2

Późnym wieczorem nasz autobus dotarł pod mniejszego brata naszego Pałacu Kultury skąd pieszo poszliśmy do miejsca, w którym umówieni byliśmy z rodzinką w piątek rano. Oni przyjechali w tym samym czasie co my i kompletnie nie spodziewali się, że zobaczymy się już wieczorem. Chcieliśmy uczcić spotkanie ciemnym piwem, ale Łotwa zaskoczyła nas wieczornym zakazem sprzedaży. Na szczęście ekipa z Polski miała „co nieco” zabrane z kraju więc przeżyliśmy.

img_6310

img_6322

Kolejne dwa dni spędziliśmy zwiedzając Rygę i okolicę nad Bałtykiem. Oczywiście opowieści i radochy ze spotkania po pięciu miesiącach było co nie miara. W niedzielę rano zapakowaliśmy się wszyscy do samochodu i ruszyliśmy do domu. Od przerwy obiadowej w Augustowie rozpoczęliśmy proces przyzwyczajania się do tego, że wszyscy dookoła mówią po polsku, co nie było dla nas takie oczywiste jeszcze przez kilka kolejnych dni!
28 sierpnia około 20 dotarliśmy do Nidzicy. Po 5ciu miesiącach podróży cali wróciliśmy z Mumbaju przejeżdżając przez spory kawałek Indii, Nepal, Chiny i praktycznie całą Rosję ze wschodu na zachód, a przy okazji i Estonię, Łotwę, Litwę.
Rano w poniedziałek 29 sierpnia po pierwszej przespanej w swoim łóżku nocy pojawiło się strasznie dziwne uczucie, jakbyśmy to nigdzie nie byli a tylko zasiedzieli się w domu wpadając do rodziców na weekend…

img_6309-2

Tak jak napisałam na początku, na pewno do dłuższego podróżowania wrócimy, już rodzą się w naszych głowach plany 😉 Może nie będzie to już rok przerwy od normalnego życia, ale jest kilka miejsc na świecie, w których chcielibyśmy się chwilę zasiedzieć. Ciężko jest podsumować taką długą podróż i zrobimy to może w innym poście…

Klasycznie po kliknięciu w ostatnie foto – link do dużych zdjęć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s