#13 Xi’an i Pekin – dwie stolice

Kolejnym miastem na naszej trasie po Chinach było Xi’an. Nocka w idealnym (poza ceną) chińskim pociągu typu hard sleeper i o 7 rano docieramy do dawnej stolicy Państwa Środka. Z dworca odbiera nas Je D. Szukaliśmy Couchsurfingu, ale jakoś tak było, że nie było gdzie spać, a w sumie obiecaliśmy gościowi poznanemu w hostelu w Chengdu, że go odwiedzimy. Po 20 min rozmowy i wspólnym zdjęciu trudno mówić, że dobrze się znaliśmy, więc lekko się czając pomyśleliśmy no risk, no fun. Z tego wyszedł idealny Couchsurfing z tym, że Je D o całej tej idei nie miał zielonego pojęcia. Po prostu chciał poćwiczyć angielski, a przede wszystkim nas ugościć w swoim wolnym po obronie dyplomu czasie.

IMG_4742-2
Czytaj dalej

#12 Guangzhou i Chengdu

Po wyjściu z wagonu na ostatniej stacji metra, bramki, znaki i tłum ludzi pozwalają nam przemieszczać się tylko w jednym kierunku. Docieramy do okienka dla obcych (czyli takich nie z H-K, Macau…) wypełniamy formularz stresując się trochę co wpisać w miejscu dokładnego adresu hotelu. Wpisujemy Guangzhou z nadzieją, że nikt tego nie sprawdzi. Pogranicznik w okienku przekartkował paszporty w jedna i drugą stronę, brzydko pobazgrał długopisem jedno-wjazdową wizę do Chin, przystawił pieczątkę i puścił nas dalej.

IMG_4444

Czytaj dalej

#11 rozgrzewka przed Chinami

Nepal pożegnał nas bardzo miło. Mając w kieszeni ostatnie 400 rupii (jakieś 15 zł) z Thamelu wyruszyliśmy w kierunku dworca, bo podobno jakiś zapchany na maksa lokalesowy busik jeździł gdzieś pod lotnisko. Po drodze pytamy z ciekawości taksówkarza ile za taki kurs – 1000 rupii. Do odlotu 3 godziny a późnym popołudniem ruch ogromny, a właściwie to wszystko stoi…
Pytamy drugiego taksówkarza – 500 rupii. Dużo lepiej, ale chcąc kupić jeszcze jakąś wodę przed odlotem maksymalnie możemy uzbierać 350. Ok, wsiadajcie!
Kierowca wyciągając nasze plecaki z bagażnika pożegnał oddzielnie każde z nas i z uśmiechem życzył bezpiecznej podróży. Nawet w Nepalu takie zachowanie baaardzo poprawiło nam humory.

IMG_4040 Czytaj dalej

#10 Kathmandu, Pokhara…

Pokhara – dla mnie nazwa do tej pory dosyć magiczna, bo to przecież to punkt wypadowy na Annapurnę. Po dotarciu na miejsce, na pierwszy rzut oka to trochę pomieszanie Krupówek z Łebą poza sezonem. To, plus informacja, że miasto jest największym w Nepalu skupiskiem restauracji i hoteli nie zrobiło na nas najlepszego wrażenia. Poza sezonem Lakeside (turystyczna część Pokhary) robiła dosyć słabe wrażenie. Wypiliśmy sporo piwka przy pięknych zachodach nad jeziorem, zebraliśmy siły i sprzęt przed trekkingiem i po dwóch dniach zwinęliśmy się w góry.

IMG_3353-2 Czytaj dalej