#9 Nepal

W Indiach nasza podróż miała bardziej zorganizowany charakter, jechaliśmy od miasta do miasta według z grubsza określonego planu. Nepal to zupełnie co innego. Ze względu na ukształtowanie terenu i charakter odwiedzanych miejsc wszystko zaczyna się i kończy w Kathmandu. Przede wszystkim życie (i lokalne i nasze) jest tu duuużo bardziej na luzie. Stąd też na początek trafiła notka z trekkingu, teraz jakieś pierwsze wrażenia (więc mapka pozostaje bez zmian). Taka sytuacja. Wszystko zaczęło się bezproblemowo, no może poza zablokowaniem nam jednej karty przy pierwszej wypłacie z bankomatu, kiedy z nieogarnięcia mieliśmy na niej wszystkie chwilowe środki.

IMG_3237-2

Po uciekaniu biegiem z Indii, uśmiech nepalskich pograniczników był tym, czego potrzebowaliśmy. Wiza to kwestia 40$, zero stresu i niepewności. Ogólnie jakby się bardzo chciało, to przez granicę w Sonauli nawet jako turysta można przejść niezauważenie, tylko z wydostaniem się byłby problem. Chwilę po nas wizę do Nepalu wyrabiał też mocno wytatuowany, wyzwolony Polak, który granicę przekraczał równie chętnie co my. Był to drugi rodak spotkany na naszej trasie, my dla niego chyba pierwsi, bo na pożegnanie wyściskał nas jak braci.

IMG_3245

Bus z granicy do Kathmandu daleko do przejechania nie ma i słyszeliśmy, że droga dobra. Nam z 12 godzin oficjalnie, zrobiło się 18. Niby ktoś kogoś potrącił na drodze i mieliśmy długą przerwę po północy. Na tyle, że większość współpasażerów wyciągnęła koce, maty i ucięła sobie kilkugodzinną drzemkę na asfalcie. Mijało nas kilka samochodów z kogutem na dachu, ale ich prędkość nie wskazywała, żeby działo się coś poważnego. Autobus zapchany na maksa, ale my elegancko wskoczyliśmy na sam początek siedząc w rzędzie kierowcy. Od niego oddzielała nas tylko skrzynia biegów wbudowana w wielką, otapicerowaną blaszaną skrzynię. W Indiach nie zwróciliśmy uwagi, zazwyczaj umierając w czasie podróży busem, że silniki są z przodu. Miejsca było dużo, wygodnie, nikt nie łaził i wszystko ekstra dopóki nie zaczęły się podjazdy. Kierowca cisnął pojazd na jedynce, a wspomniana blaszana skrzynia była tak rozgrzana, że prawie świeciła się na czerwono. Podjazdy trwały łącznie kilkanaście godzin, więc mieliśmy podróż w saunie – i to takiej mega zatłoczonej.

IMG_3239-2

Mijając przedmieścia Kathmandu mieliśmy mieszane uczucia. Smog taki, że czwartego samochodu przed nami nie widać, wszyscy w maseczkach. Niestety kolejne dni tylko to potwierdziły. Miasto leży w kotlinie (kiedyś podobno było tu jezioro), wiatru nie ma, a ilość pojazdów, i w związku z tym spalin, niesamowita. Sandra dostała zapalenia zatok i wjechał antybiotyk. Całe szczęście pomógł (do czasu – znowu jesteśmy w Kathmandu i akcja podobna – nos zawalony i kaszel okrutny). Tym z Was, którzy planują kiedyś odwiedzić to miasto radzimy już teraz zaopatrzyć się w leki antyalergiczne, nie zaszkodzi też zabranie czegoś na odetkanie nosa.

IMG_3243-2

Na dworcu z autobusu wypada tłum ludzi, w tym my i jeszcze jeden gościu z plecakiem. We trójkę idziemy na śniadanie i obserwujemy, jak z dachu pojazdu kierowca ze swoimi ziomkami zdejmują skuter, kilkunasto-kilogramowe butle z gazem i inne cuda.
Tomic jest z Chorwacji i 9 miesięcy temu rozpoczął swoją autostopową podróż do Nowej Zelandii. Pierwszy temat jaki poruszamy: jak tutaj pięknie w porównaniu do Indii! Nasz nowy znajomy po zachwytach nad  łatwością podróżowania po Turcji czy Iranie, w Indiach  został sprowadzony na ziemię większymi cudami, niż nas spotkały. Sam mówił, że gotów był przerwać planowaną na dwa lata podróż po sraczkach i ich odchorowywaniu.
O wege śniadanie nie było już tak łatwo, ale poradziliśmy sobie i we trójkę wcinaliśmy placki i warzywa wstępnie umawiając się na spotkanie za kilka dni. Tom jechał na umówiony Couchsurfing, my na jedną noc musieliśmy poszukać noclegu, nasz CS zaczynał się dzień później.

IMG_3350

IMG_3351

Jakie było nasze zdziwienie, gdy kolejnego dnia to właśnie on przywitał nas w mieszkaniu naszego hosta. Do towarzystwa mieliśmy tam jeszcze Gruzina i barmana z Danii. Przez 4 dni nasz host wpadł do mieszkania raz na godzinę spakować ubrania i aparat. Ruszał gdzieś w góry motorem. Wiedzą i informacjami wiele nam nie pomógł, ale z całą paczką mieszkało nam się u niego ekstra. Co prawda, jak to w Nepalu na trzy ważne rzeczy (woda, prąd, internet) zawsze jednej brakowało (a najczęściej tylko jedna była 😉 )

IMG_3870-2

IMG_3322

IMG_3254

Kathmandu to trochę takie ogromne przedmieścia (prawie 3 mln ludzi), a nasz Couchsurfing był jeszcze na ich przedmieściach. Codziennie mieliśmy okazję przekonać się skąd bierze się taka ilość zanieczyszczeń. Ruch jest trudny do opisania. Godzina jazdy w okolicę Thamelu (turystyczna dzielnica z zabytkami, ambasadami i starówką wokół) i można było zwątpić, czy ta przyroda, na którą tu liczyliśmy, jeszcze gdzieś istnieje. Na szczęście na samym Thamelu ruch dużo mniejszy, choć naszym zdaniem mógłby zostać zlikwidowany całkowicie, bo głównie pieszym przeszkadzają taksówkarze szukający zarobku i przepychający się przez wąskie turystyczne uliczki. Atmosfera zupełnie inna niż na obrzeżach. Pełno knajpek, sklepów z górskim sprzętem, małych świątyń na placach i ludzi z całego świata.

IMG_3872-2

Pierwsze dni poświęcamy na sprawy oficjalne, czyli pozwolenia na trekkingi i temat dotarcia do Chin. Wiedząc o istnieniu oficjalnego biura turystycznego przy ministerstwie turystyki zdecydowanie omijamy prywatne agencje. Wliczając oficjalną przerwę na lunch, wypełnianie dokumentów, opłaty, zdjęcia (i całą resztę) wszystkie formalności potrzebne przy trekkingu do Annapurna Sanctuary załatwialiśmy ponad 2 h. Tutaj też wszystko na luzie, z uśmiechem lokalesów jak i podróżników.
Legitymacje i permity mamy, to zapytamy jeszcze o Tybet. Nasz pierwotny plan po dodarciu do Mumbaju zakładał dotarcie wyłącznie drogą lądową do Polski. Pan za biurkiem gdzieś podzwonił, popytał i powiedział, że granica zamknięta. Jak to zamknięta ?! Nie poddajemy się i drugiego dnia próbujemy szukać pomocy w prywatnych agencjach. Tych tutaj przypada kilka na każdego turystę i każda ma wywieszoną informację, że organizuje pozwolenia do Tybetu, Buthanu i gdzie się tylko zapragnie.

IMG_3288

Pierwsza agencja – Tybet zamknięty dla turystów.
Druga agencja – granica lądowa zamknięta, ale samoloty do Lhasy latają, cena 450$/os. w jedną stronę. Do tego permit do TAR (pol. Tybetański Region Autonomiczny), wiza do Chin, koszt obowiązkowego przewodnika. Wychodzi już około 1000$. Może wycieczka zorganizowana, 7 dni wizyta w Everest Base Camp itp. Ale to dopiero w czerwcu się wyjaśni od kiedy znowu zacznie to funkcjonować.
Trzecia agencja – Samolot, 3 dni w Lhasie, pozwolenia, przewodnik… 1500$. Nie da się z samolotu na dworzec przedostać i wsiąść w pociąg. A przecież nam głównie zależy żeby się koleją tybetańską przejechać!
Kolejne agencje tylko uświadamiają nas, że wjazd od strony Nepalu uwarunkowany jest humorami Chińczyków, a na chwilę obecną oni sami do końca nic nie wiedzą i nikt nic w 100% nie może zagwarantować. No to jak na taką kasę trochę słabe rozwiązanie.

IMG_3878

Tak jak pisaliśmy przy okazji wizyty w Muzeum Tybetu informacji jest mało i ciężko na nich polegać. Kilka miesięcy przed wyjazdem mailowaliśmy z chińskimi agencjami, te pisały jeszcze inne warunki, jeszcze inne koszta, ale generalnie nasz budżet nie ma szans objąć Tybetu. Na poprawę humoru ktoś podpowiedział, że od strony chińskiej jest łatwiej, bo wszystko odbywa się na terenie jednego kraju. Pocieszenie marne, bo tym razem będziemy tam tylko miesiąc i kierunek podróży mamy północno-wschodni (Pekin), a nie południowo zachodni (centrum kraju – Lhasa)… Na pocieszenie z ambasady zabieramy mocno propagandową gazetkę na temat Tybetu, wydaną przez władze ChRL, w której tytuł pierwszego artykułu brzmi „Pół wieku demokracji w Tybecie”…

IMG_3869-2

Trzeba kombinować inaczej. Kraje ościenne odpadają, bo to kolejne wizy, a my jeszcze Chińskiej nie mamy. Bezpośrednie czy przesiadkowe loty do Chin to ok 400-500$ od osoby. Nie ma szans, wtedy nawet na zupki chińskie nie starczy. Z Indii zostało sporo (przypadkiem) zaoszczędzonej kasy, jakby bilety były za 250$ to byłoby spoko…
Wieczorem okazuje się, że jest bardziej niż spoko. Po kilku godzinach przeszukiwania wszystkich połączeń, Air Asia wyskakuje z jakąś niespodziewaną jednodniową promocją . Dwie osoby z Kathmandu przez Kuala Lumpur do Hong Kongu 30 maja lecą za 504$. Nasza wiza w Nepalu kończy się 31 maja, a do Hong Kongu wystarczy tylko paszport. Idealnie!
Pozwolenia na trekking mamy, transport mamy, brak jeszcze wizy. Akcja z zakupem biletów działa się w czwartek wieczorem, następnego dnia rano jest ostatnia okazja żeby złożyć dokumenty potrzebne do wizy.
Chińska ambasada z zewnątrz wygląda jak więzienie i wnioski o wizy przyjmuje 3 razy w tygodniu: poniedziałek, środa i piątek od 10 do 11. Godziny pracy lepsze niż w dziekanatach na polskich uczelniach, a chętnych jeszcze więcej. Każdego dnia tłumy (w większości Tybetańczyków w bordowych strojach) zbierają się pod budynkiem od samego rana.

IMG_3875

My mocno przejęci tym, żeby zdjęcia były idealnego rozmiaru, kserokopie wiz i paszportów idealnie czytelne, przed 7 latamy po Thamelu robić nowe zdjęcia (to Sandry, zabrane z naszego tutejszego domu ma małe zadrapanie, a np. Rosjanie przyjmując wnioski takie zdjęcie odrzucili, więc nie chcemy ryzykować). Mamy wszystko, biegniemy. Chwilę po naszym dotarciu zaspana kolejka zamienia się w nacierający na bramy ambasady tłum.
W tej zadymie dosyć sprytnie dostajemy się do środka. Tam dostajemy do wypełnienia arkusze ze wszystkimi możliwymi informacjami jakie możemy podać, łącznie z tym, czy dziadek z babcią kiedyś byli w Chinach i gdzie pracują rodzice lub czy są na emeryturze (oczywiście nikt tego nie weryfikuje i jak się chce można nawet na chwilę zostać dzieckiem prezydenta).
Wszystko złożone, mamy nadzieje że bilet do HK zostanie uznany za wystarczający, i że jak termin odebrania jest 11.05, to z powodu trekkingu nie oddadzą komuś naszych paszportów przed 20 maja.

IMG_3326

Po powrocie spod Annapurny kolejnego dnia nasze pierwsze kroki kierujemy do ambasady odebrać nasze dokumenty. Tłum znowu podobny, Tybetańczycy w większości. Wewnątrz okienka do Mainland, HK, Macao przeszklone. Po przeciwnej stronie, małe drzwi do ciemnego pomieszczenia, które podczas naszych dwóch wizyt w ambasadzie otworzyły się tylko raz. Na drzwiach napis „tylko dla Tybetańczyków”, a przed nimi kolejka ludzi w bordowych szatach. Tybet musi być niesamowicie pięknym i ciekawym miejscem, niestety cała sytuacja związana z tym, co Chińczycy tam robią, jest strasznie przytłaczająca…
My na szczęście wizy otrzymujemy. Ostatni stres przed opłatą. Wg informacji dolary muszą być idealne, bez zadrapań, zadarć i stempli. Nasze były wręcz wyprasowane, a 2 osoby i tak bardzo skrupulatnie oglądały je ze wszystkich stron przed przyjęciem naszej zapłaty. Po 2 tygodniach chodzenia z kserokopią pierwszej strony paszportu jako głównym dokumentem dobrze jest mieć oryginał przy sobie.

IMG_3880

Nasz post nieprzypadkowo publikujemy właśnie dzisiaj, 26 maja, bo właśnie dzisiaj chcielibyśmy przesłać gorące uściski dla naszych najwspanialszych Mam. One z największą ciekawością spośród wszystkich czytelników śledzą nasze losy. Nawet będąc setki kilometrów od nas w czasie krótkich Skypo-połączeń dopingują, ale też przez chwilę pozwalają poczuć się trochę jak w domu. Mamy – jesteście najlepsze na świecie, kochamy Was bardzo i składamy najlepsze życzenia z okazji Waszego święta! (zamiast kwiatków fota)

IMG_3882

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s