#8 Nienawidzę trekkingu! – czyli o tym jak Sandra zdobyła ABC

Dawno nie pisaliśmy, ale mieliśmy ciekawsze rzeczy do roboty. A tak serio to przejazdy i trekkingi  zabrały nam trochę czasu. Teraz siedzimy w Pokharze i odpoczywamy po 8 dniach górskiej wędrówki.

IMG_3380

IMG_3399-2

W Nepalu nie można spakować plecaka i po prostu wyjść sobie w góry, a na pewno nie w przypadku trekkingów w okolicach ośmiotysięczników. Na początku załatwiliśmy więc szereg pozwoleń, legitymacji (oczywiście nic za darmo – ale akurat w tym przypadku jesteśmy wyrozumiali, bo PKB Nepalu oparte jest praktycznie w całości na turystyce, więc z uśmiechem na ustach niewiele dorzucamy).
Opcji trekkingowych jest mnóstwo, z czego największym zainteresowaniem cieszy się kultowa wycieczka do Everest Base Camp. My od razu wiedzieliśmy, że nas tam nie znajdą. Ceny na szlaku podobno osiągają adekwatne do szczytu wysokości, a tłum nawet przed monsunem jest taki, że ciężko się przepchać. Zdecydowaliśmy się więc na okolice Annapurny – pierwszej zdobytej ośmiotysięcznej góry na świecie. Tutaj też można wybierać spośród kilku opcji. Dwie najciekawsze to pętla wokół całego pasma – od 15 do 20 dni z najwyższym punktem prawie 5,5 tys.m.n.p.m. który ze względu na mnie (Sandrę – która nigdy takich wędrówek nie zaliczała i na takich wyżynach nie przebywała) odrzuciliśmy. Wybraliśmy Annapurna Base Camp – treking zwany Sanktuarium Annapurny. Spakowaliśmy się odpowiednio, zabierając NIEwszystkie ciepłe rzeczy, trochę jedzenia, leki i inne przydatne pierdoły. Reszta została w naszym Guest Housie zawinięta w worek św. Mikołaja.

IMG_3413-2

IMG_3394-2

Pierwsze dwa dni trekkingu, z informacji zaczerpniętych z przewodników i od ludzi, z którymi wcześniej na ten temat rozmawialiśmy, miały być najgorsze. I takie też były, naprawdę ciężkie, z ogromnymi podejściami i milionową liczbą schodów (łącznie w życiu chyba tylu co tutaj nie pokonałam, ale ok – pośladki się wyrabiają 😉 ) Teren szczerze powiedziawszy mało górski w naszym tatrzańskim rozumieniu. Idzie się przez górzyste pola i lasy. Po drodze mijamy lokalne zabudowania i wioski, w których ludzie normalnie prowadzą życie, uprawiają pola tarasowe i hodują zwierzęta. Kręci się też dużo dzieci, które nauczyły się wymuszać na turystach czekolady i inne słodycze (nie są to już słodkie dziecięce prośby o cukierka, ale wyuczona formułka). Noce spędza się w specjalnie przygotowanych hostelikach (na całym szlaku praktycznie co godzinę można taki spotkać, więc nie ma co się bać niespodziewanej ulewy czy burzy, bo schronienia jest pod dostatkiem). Ceny za pokój na całej trasie są ujednolicone i zatwierdzone przez specjalne urzędy, podobnie jak ceny jedzenia. Nie ma ściemy. Cena za pokój 2-osobowy to 300 rupii nepalskich, czyli jakieś 12 zł! (naszym zdaniem polskie schroniska w Tatrach muszą się jeszcze wieeeeele nauczyć) W pokojach – dwójkach czyściutko, koce czekają przygotowane na nocne piździawki. Łazienka zazwyczaj wspólna dla wszystkich gości i ciepły prysznic to rarytas, za który trzeba zapłacić, ale nadal nie są to wysokie kwoty (150 rupii/os). Wybór w menu jest zaskakująco szeroki. Słyszeliśmy legendy, że w czasie trekkingu nie da się zjeść nic innego niż sławny tutaj Dal Bhat – ryż podany z rzadkim sosem z soczewicy, lokalnymi warzywami i piklami – który daje mega kopa, ale na całej trasie można też spotkać takie cuda jak pizza, kuchnia meksykańska, Pringelsy, zupki chińskie, naleśniki, tosty, ciasta czekoladowe, chiński makaron i wiele innych. Co do wspomnianego najpopularniejszego tu dania, na dole sprzedawane są nawet koszulki z napisem Dal Bhat give power for 24 hour i faktycznie tak jest, czasami kupowaliśmy jeden na spółkę i wychodziliśmy najedzeni.

IMG_3469-2

IMG_3406

IMG_3466

Pierwszy dzień kończymy trochę zmoknięci (najgorszą ulewę przeczekaliśmy w szopie) w Landruku. Na wieczór przychodzi burza z czarnymi chmurami – widoków na góry brak.

IMG_3425

IMG_3428

Raniutko (pobudka codziennie o 5) budzi nas przepiękny obrazek z okna pokoiku, który motywuje żeby wyskakiwać z wyra i ruszać dalej. Takie rarytasy przed monsunem nie trwają jednak długo, okno pogodowe trwa zazwyczaj około godziny. Ogarnęliśmy pogodę , łażąc między 6-12, później odpoczynek i wczesne spanie. Tym sposobem nawet w niby strasznie słabym pogodowo maju mieliśmy fajne warunki i spoko widoki.

IMG_3443

IMG_3460

IMG_3503

IMG_3473

Kolejny dzień podobny do pierwszego – dużo podejść i zejść. Mosty nad rzekami, las, las i jeszcze więcej tropików. Dochodzimy do Chomrong, gdzie spędzamy drugą noc marszu.
Następnego dnia traskę kończymy idealnie przed ulewą (codzienny popołudniowy deszcz). 3ci dzień wędrówki, a my już powoli zaczynamy mieć znajomych z trasy, z którymi spotykamy się na noclegach. Na szlakach pustki, zdarza się, że od wioski do wioski przechodzi się nie spotykając nikogo. Najczęściej mija się tragarzy. Ludzie ze stali. Od 2go dnia wędrówki aż do jej końca za wnoszenie wszystkiego odpowiedzialni są już tylko oni! Tak więc mijamy tych mężczyzn noszących Snickersy, Coca-Colę w butelkach, warzywa, owoce, trawę i siano, środki czystości, a nawet PRALKI!!! Ich metoda poruszania się z pakunkami jest dość specyficzna, bo cały ciężar noszą na taśmach przechodzących przez czoło! Towar obwiązany jest materiałową wstęgą i z pleców zaciągnięty na głowę. Jesteśmy w szoku jak Ci ludzie to znoszą, w takim upale i terenie ciężko idzie się bez plecaka, a co dopiero z kilkudziesięcioma kilogramami na głowie. Nikt nie martwi się źle ułożonym pasem biodrowym czy odprowadzającymi wilgoć od stóp skarpetkami. Bambusowy kosz + japonki lub gumaki… Podziwiamy.

IMG_3451-2

IMG_3819-2

IMG_3531

Trzeci nocleg w Bamboo – wiosce, która nazwę wzięła od otaczających ją lasów bambusowych. Jest to najbardziej deszczowe, a za tym i wilgotne miejsce na trasie. Wszystko jest mokre, koce, prześcieradła, łóżka. Nie wiem czy cokolwiek i kiedykolwiek tam się suszy.
Następny dzień zaczynamy znowu o poranku – i od teraz dni trekkingowe nam się skracają, każdy z nich trwa ok 4-5 h. Po innych wcześniejszych trekkingach wydaje się to dziwnie krótko, ale ze względu na wysokość my postanawiamy wejście na górę rozłożyć na 5 dni. Start równo z 1000 m, finisz na 4130 m.n.p.m. Poza tym zdecydowana większość ludzi wybiera tę opcję i wbiegnięcie do obozu (Annapurna Base Camp) w dwa dni byłoby trochę dziwne. Trzeba się wszystkim nacieszyć po drodze.

IMG_3508-2

IMG_3534

IMG_3536-2

Czwarta noc wypadała nam w Deurali, co w porównaniu do wcześniejszych dni było już sporą wysokością – 3200 m. Były siły i chęci żeby wejść wyżej ( Machhapuchhre Base Camp – ok 3800 m), ale zależało nam bardziej na aklimatyzacji, niż biciu rekordów. W dolinie wszędzie sprzedawane są leki na chorobę wysokościową. Podobno trafiają się tacy, którzy na zapas już w Pokharze zaczynają zażywać… W guest house’ach głównym tematem rozmów wchodzących ze schodzącymi jest samopoczucie na podejściu i w obozie. Na blogach przeglądanych przed trekkingiem czytaliśmy o ludziach czołgających się między schroniskami w poszukiwaniu tabletek…
Chyba mocno to wszystko przesadzone, ale byli ludzie, którzy na górze zdychali z potwornego bólu głowy. Obrzęku płuc czy mózgu chyba nie trzeba się tam bać, za to dziwne zachowania (to też objaw choroby) widzieliśmy w ABC na własne oczy…
Duży obiad, duża kolacja i jak zawsze kima ok godziny 20. Jutro dzień ataku, może nie szczytowego, ale bejskampowego więc wyspać się trzeba.

IMG_3516

IMG_3778-2

IMG_3575

IMG_3584

Pogoda piękna, po nocy niebo czyste. Jak każdego dnia gotujemy zestaw owsianka, kawa, herbata + dwie butelki odkażonej jodyną wody. O ile obiady, to porządne porcje, o tyle po tutejszych śniadaniach można zgłodnieć pakując plecak. My mamy primusa i duży kartusz z gazem, więc radzimy sobie sami. Odkażona woda śmierdzi strasznie basenem, za to po rozpuszczeniu witaminy C trudno odróżnić ją od butelkowanej.
Zazwyczaj wychodzimy, kiedy inni zaczynają kręcić się po łazienkach, ale w góry się przecież wychodzi wcześnie rano! Po godzinie widoki robią się niesamowite, po kolejnej docieramy do wspomnianego MBC. Lokales serwując nam napój z imbiru, cytryny i miodu chwali się, że gościł u siebie Kukuczkę, kiedy ten ruszał na Annapurnę. Kończymy herbatkę z ciastkami i zaczynamy ostatnie 1,5 godziny podejścia.

IMG_3593

IMG_3604

Ciężko określić jak bardzo nasz atak szczytowy się wydłużył, bo widoki nie dawały nam spokoju, a my nie mogliśmy się nimi nacieszyć. Idealne okno pogodowe na koniec szlaku do Sanktuarium, było tym, na co najbardziej liczyliśmy. Tempo samego marszu mimo wysokości zdecydowanie lepsze niż wcześniej, w takie góry lecieliśmy biegiem.

IMG_3609

IMG_3636-2

IMG_3668

Szczęśliwi po całym podejściu (były łzy :D) znowu o czasie docieramy do schroniska. Pół godziny późnej wszystko w chmurach, a do tego śnieg z deszczem. Wcinamy zasłużone Pringelsy i wożonego od zeszłorocznego wyjazdu do Kirgistanu dużego liofilizata. Dalej imbirowe napoje i herbatki. Braku apetytu na wysokości nie zauważamy, innych objawów też nie widać. Mimo straszliwej piździawki przesypiamy godzinę, żeby jak najszybciej doczekać wieczornego rozpogodzenia. Na dole słyszeliśmy, że teraz to ciepło w górach i koce w schroniskach dają. Popek tydzień zimą w Betlejemce spędził bez śpiwora, bo mu się do plecaka nie zmieścił i nic go to nie nauczyło. Zabraliśmy jeden (bo Sandrze będzie zimo), drugi został na dole i oboje spaliśmy w puchówkach, czapkach i wszystkich kapturach.

IMG_3734

IMG_3735

IMG_3713

Wieczorem, pogoda mocno się poprawiła. Najwyższczy szczyt pasma Annapurny dalej trzymał chmury, ale Annapurna South, czy Fishtail odsłonięte były pięknie. Jak tylko przestało padać, ubraliśmy co mieliśmy i ruszyliśmy z aparatem ponad schronisko. Chwilę później, w tym samym kierunku biegiem ruszyła reszta ludzi biwakujących w ABC. Nie wiedząc o co chodzi podziwialiśmy okolicę. Po jakimś czasie okazało się, że do polodowcowego rowu, z którego był najlepszy widok, chwilę przed rozpogodzeniem wpadł Chińczyk. Gościu obwieszony aparatami nie zauważył na oko 100metrowej przepaści. Podobno złamał rękę i nic poważniejszego mu się nie stało, ale jak na takie lekkie obrażenia coś dziwnie długo trwała akcja wyciągania Kitajca…

IMG_3652

IMG_3747

Mróz wykończył i baterie i trochę nas, ale odwrócić się tyłem do tych widoków było praktycznie niemożliwe. Po ciemku wróciliśmy zagotować herbatę, której ja wypiłam tylko trochę żeby nie musieć wstawać w nocy do kibelka – groziło zamarznięciem. Popek za to się nią opijał, żeby wstawać co chwilę i bez wyrzutów sumienia obczajać Sanktuarium w księżycową noc.
Na noc do jedynego śpiwora Michał wsadził mi wszystko od aparatu i baterii do niego, przez metalowe butelki z wodą po kartusz z gazem, pod kocem i tak nic by się nie ogrzało.

IMG_3725

IMG_3698

IMG_3741

Rano nosy zamarznięte, jeziorko obok też. -2 niby niewiele, ale wyjść z kożuchów nie było lekko, dopóki nie spojrzeliśmy za okno. Inaczej niż w poprzednie dni, o 5 rano większość ludzi już była na zewnątrz. My wiele się nie zbierając (poszliśmy praktycznie tak jak spaliśmy – poza śpiworem i kocem), ruszyliśmy oglądać wschód słońca.

IMG_3755

IMG_3756

IMG_3769

Na zejściu idealna pogoda i zero chmur. Znowu ciężko było się tyłkami odwrócić do Annapurny, ale swoje zobaczyliśmy, a już też chciało się wrócić do Pokhary i pójść wieczorem na piwo nad jezioro. A to jeszcze najmarniej 3 dni zejścia. Opuszczając dolinę widzieliśmy helikopter lecący do ABC. Już wczoraj wieczorem była gadka, że Chińczyk sam na dół nie zejdzie.

IMG_3802

IMG_3809-2

IMG_3806-2

Trekking był dla nas wyjątkowym przeżyciem. 5 dni wejścia i 3 dni zejścia. Zdarzały się momenty, że spotykaliśmy dziewczyny z permanentnym makijażem odstrojone od stóp do głów, którym rzeczy nosili tragarze, albo takie, które z tragarzami zżywały się jak niektóre turystki z animatorami w Egipcie. Jednak w większości przypadków ludzie mają w nosie to jak wyglądają, liczy się dobra zabawa, widoki i wygoda. Na szlakach tony sprzedawanych w Pokharze podróbek największych sportowych marek świata. Mimo tego atmosfera jest ekstra. W schroniskach pogawędki z ludźmi z całego świata inspirują do robienia jeszcze bardziej szalonych rzeczy. Sporo uśmiechniętych Nepalczyków w górach. Tutaj, w przeciwieństwie do Indii, z każdym można miło pogadać. W mijanych wioseczkach właściciele guest house’ów przeważnie pytają gdzie się dziś zaczęło i nie cisną, żeby koniecznie spać u nich kiedy wiedzą, że idziemy od godziny.
Z czystym sumieniem możemy polecić ten trekking, komu zależy na idealnej pogodzie i nie przeszkadzają mu tłumy – jesienią, albo puste szlaki i mimo wiosny widoki w oknach pogodowych – w maju!

Większe zdjęcia w lepszej rozdzielczości po kliknięciu w obrazek poniżej. Polecamy uruchomić pierwszą fotę w galerii i jak pojawi się czarne tło wcisnąć F11.

IMG_3785

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s