#4 Dharamsala

Z Amritsaru ruszyliśmy w czwartek rano. Mieliśmy możliowść złapać bezpośredniego busa do Dharamshali, ale jako osoby nienawidzące podróżować autobusem chyba podświadomie wybraliśmy jechanie pociągiem jak daleko się dało. Nawet kosztem potencjalnych przesiadek i kombinacji.

IMG_2825

Z miasta Złotej Świątyni do Patankhot mieliśmy 105 km i pierwszy pociąg podmiejski – bez konieczności martwienia się o bilety i rezerwacje miejsc. O ile z zakupem biletów nie było problemów – 1,2 zł za taki kawał drogi, o tyle na miejsca nie było szans – nawet te stojące.
Po wskoczeniu w ostatniej chwili do ruszającego pociągu musieliśmy przez 10 min przepychać się przez Hindusów, blokujących wejścia i zewnętrze części wagonów. Im bardziej na środek, tym lepiej z powietrzem, na środku już nawet można stanąć swobodnie na obu nogach. My wrzuciliśmy plecaki pod sufit, z lekka się rozepchaliśmy i nawet udało się w pozycjach embrionalnych usiąść na glebie opierając się o siebie plecami. Przednia strona naszego wagonu patrzyła się na mnie, tylna na Sandrę i tak śmigaliśmy 25 km/h (te 100 km jechaliśmy ponad 4 h) przez pierwsze 2 h drogi. W połowie drogi trochę miejsca się zwolniło i zanim stara ekipa zdążyła wysiąść, blokowana w drzwiach za wszelką cenę przez wsiadających, my wskoczyliśmy pod okna. Sleeperem z wiatrakami w ciągu dnia podróżuje się ekstra, niestety nasz pociąg regionalny miał tylko atrapy wiatraków, więc na postojach jak w piecu, w drodze szalona prędkość wiele chłodu przez okna nie dawała.
Ale kto na takie rzeczy zwraca uwagę przy takiej cenie i sławie w pociągu. Śledzenie wszystkich naszych ruchów, rozdawanie autografów i pisanie dedykacji w szkolnych zeszytach, czy promowanie DrogamiWschodu wśród młodzieży szkolnej Punjabu kompletnie odrywa nas od rzeczywistości pociągu jadącego z prędkością średnio wytrenowanego kolarza.

Liczyliśmy, że pociąg trochę szybciej upora się z takim dystansem i w Patankhot wylądowaliśmy o 5, a przed nami dalej około 100km tym razem do wyboru tylko autobus. Na dworcu szybko odnajdujemy busa do Dharamsali. Kupujemy szamę na drogę, 10 razy upewniamy się czy to właściwy pojazd i stajemy w kolejkę za 4 torbami i jedną babeczką.

– a wy kto, ruski ??

-niet, paljaki

Spotkana na dworcu Rosjanka późnym wieczorem okaże się dla nas zbawieniem, jednak w trakcie podróży po zamianie kilku zdań po rosyjsku każdy zajął swoje miejsce i patrzył przez okno na coraz to piękniejsze widoki.

IMG_2830

IMG_2836

Całą drogę jechaliśmy do Dharamsali z nastawieniem, że to miasteczko będzie końcem jechania tamtego dnia. Na szczęście wspomniana wcześniej Rosjanka o 9 w nocy zgarnęła nas do swojej taksy i pół godziny jechania samochodem pod górę (pod często niesamowitym kątem) zawiozła nas przez Mcleodganj do Baghsu do którego jechała już 4ty raz. Między czasie pogadaliśmy trochę w jej pięknym języku, na dach naszego samochodu spadł kamień i w końcu dotarliśmy do miejsca, w którym kierowca powiedział, że dalej będzie bał się zawracać – zbyt stromo. Nowa znajoma szybko znalazła tragarzy dla swoich toreb, nam za to wskazała gdzie szukać miejsca do spania. Po 10 minutach mieliśmy zaklepany elegancki pokoik, za który po 10 dniach podróży po Indiach po raz pierwszy w tym kraju przyszło zapłacić.

IMG_2842

IMG_2844

IMG_2857

IMG_2863

Miasto było niesamowite, miało niespotykany przez nas dotąd zachodni klimat, w dobrym tego słowa znaczeniu. Po ulicach szwędały się gromady „wyzwolonych” ludzi, poubieranych w worki, z dredami kolczykami w każdym miejscu na ciele – podobnie z tatuażami – i ogólnie cieszący się spokojnym klimatem gór. Wszyscy zjeżdżają się tutaj na miesiące zorganizowanych lekcji jogi, medytacji, hinduskiego gotowania czy nauki masażu. Po raz pierwszy nikt na nic nie naciągał i nie pytał o zrobienie razem zdjęcia, nie mówiąc o robieniu go na chama. Pierwszy dzień zleciał nam na piciu przepysznych napojów miodowo-imbirowych (idealne na lekko odczuwalną pierwszego dnia wysokość) i szwendaniu się po Mcleodgnaj. Miasteczko (zwane małą Lhasą) to obecnie takie trochę Zakopane, którego główną atrakcją jest świątynia Dalajlamy i wszystko, co związane z główną siedzibą rządu Tybetu na uchodźstwie. W związku z powyższym, przy odrobinie szczęścia można zobaczyć się z Jego Świątobliwością, a uchodźców z Tybetu w bordowych szatach spotyka się na każdym kroku

IMG_2843

IMG_2866

Niestety wszystko ma trochę sztuczny klimat i z naszym wyobrażeniem uśmiechniętych mnichów niewiele ma wspólnego. Zazwyczaj są to na oko znudzeni goście z najnowszymi ajfonami czy samsungami w najkach. Co by jednak nie mówił, historia chińskiej inwazji na ich ojczyznę robi strasznie przytłaczające wrażenie. Godzina spędzona w muzeum przy świątyni Dalajlamy przygnębiła nas strasznie. Planując przejazd przez Tybet kompletnie nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co tam się dzieje i jak mało informacji dociera poza granice Chin. Sandra w pierwszej chwili powiedziała, że na pewno tam nie pojedzie.

IMG_2865

IMG_2852

IMG_2853

Od zawalonego turystami Mcleodgnaj dużo bardziej pasował nam klimat naszej hippisowskiej wioseczki, ludzi śmigających z matami do jogi, wszędzie brzmiącymi fletami i orientalną muzyką.

IMG_2867

IMG_2872

Jednak będąc w górach nie było możliwości siedzieć na tyłkach i drugiego dnia ruszyliśmy na pierwszy w tej podróży trekking. 4 godziny marszu wyprowadziły nas na 3000 m do pięknego miejsca widokowego zwanego Triund. Tam nie zdając sobie sprawy, co zasłonięte lekkimi chmurami słońce robi ze skórą na naszych ciałach, spędziliśmy 1,5 godziny oglądając przepiękne szczyty dookoła. Taki odpowiednik Rusinowej Polany w himalajskiej skali.
Jedno spostrzeżenie odnośnie tego szlaku. Jako że w całym kraju jest niesamowicie głośno, na szlaku cisza mogłaby uszkodzić uszy lokalesów. Radzą sobie z tym nosząc głośniki podłączone do telefonów z powerbankami w plecakach. Wixa bez przerwy, bez cienia szydery polecamy na uszy stopery hehe.

IMG_2888

IMG_2893

Twarze wysmarowaliśmy filtrem 50tką, niestety ręce i kolana dostały słońca zdecydowanie za dużo.

IMG_2902

IMG_2909

IMG_2911

Niedziela to kolejny dzień w drodze. Do Gopalpur mamy 25km i godzinę jazdy autobusem. Plus mała przesiadka pod koniec – praktycznie pół dnia podróży. Na szczęście miejsce, do którego docieramy jest rajem na ziemi. Super temperatura, te same góry co wcześniej tylko od innej strony i plantacje herbaty dookoła nas. Do tego nasza chatka położona na skraju Zen Tea Estate i fantastyczna para couchsurferowych hostów. Hitesh – Hindus którego od zawsze fascynowali buntownicy  – z tego powodu zwinął się ze swojej bramińskiej rodziny (najwyżej ulokowana kasta w społeczeństwie hinduskim) i na dodatek poślubił dziewczynę z USA. Brenda – żona Hitesha, przez dobrych kilka lat była strażakiem na Florydzie. Z tego co opowiadała, kochając swoją pracę cisnęła za dziesięciu, żeby udowodnić facetom po fachu, co potrafi i że babce w tym zawodzie można zaufać. Skończyło się jednak na fascynacji Indiami i mieszkaniu tu z chyba kolejnym facetem w ciągu kilku lat na dziesięcioletniej wizie turystycznej – kombinacja alpejska.

IMG_2923

IMG_2951

IMG_2930

IMG_2925

Oni właśnie swoim zaangażowaniem i miłością do tego co robią i gdzie mieszkają pokazali nam przepiękne Indie i to, o co w Couchsurfingu chodzi. Godziny siedzenia przy przepysznym, samodzielnie przygotowanym jedzeniu, herbacie, która niedawno rosła jeszcze za ogrodzeniem czy piwie w środku nocy na pięknej górskiej polanie i niekończące się tematy do rozmów, to dokładnie to, czym nas ugościli. Dodatkowo Brenda zmobilizowała się do szukania swoich polskich korzeni i może kiedyś uda się ich ściągnąć do Polski. My ruszamy dalej – niestety do wyboru pozostał tylko autobus. Jedziemy Do Manali!

IMG_2956

IMG_2953

IMG_2936

IMG_2944

IMG_2959

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s